Pan tu nie stał!

Dodano 26 grudnia 2013, w Bez kategorii, przez klaraczek

Różne są dni. Czasem wszystko w panu koniu spokojne, miękkie, molekuły uporządkowane. A czasem wręcz przeciwnie: zastaję hulakę i trzpiota – co samo w sobie nie jest złe, ale jak się dołoży do wzburzonych molekuł, rozproszenia i rozedrgania, trudno pogadać.

Ostatnio tak się zdarzyło. Nawet nie było wietrznie (wiatr, jak wiadomo, wichrzy myśli), ale jesienne błoto ściął przymrozek i zrobił grudę. Ruszać się po niej trudno, energia się kumuluje. Proszę bardzo – możemy pójść na miękkie pofikać z ziemi. Wierzguty, wypruty, wszystko może być, ale jakaś nić porozumienia musi zostać utrzymana przez cały czas. Nawet na etapie spuszczania pary, przed jakimiś bardziej subtelnymi rozmowami. Porozumienie tak, zduszenie energii nie.

Dlatego nie ma łapania za łeb, skracania liny, karania za niesforne / nieskoordynowane ruchy / wypłochy / inne takie parowanie z szybkowara. Zostawić tak co prawda tego też nie mogę… Wtedy całkiem nieźle sprawdza mi się strategia „pan tu nie stał”. Albo czasem „pan tu stał”.

Proszę na przykład Teosia, żeby się cofnął parę kroków. Cofnie krok, ale potem coś go rozprasza, uskok, sus, koń się przemieścił gdzie indziej. Furczy, łypie. Cofanie uznał za nieaktualne. Ale nie ja. To znaczy cofanie cofaniem, ale: pan, koniu, nie stał w tym miejscu, tylko w tamtym. I następuje wmanewrowanie konia na punkt, z którego się teleportował. Bez spiny, bez paniki, jest OK, koniu, wszystko spoko, tylko pan tu nie stał.

Za to ja stoję w miejscu. Stoję, gdzie stałam. Koń czasem nieco naokoło, ale wraca do punku wyjścia. Staje naprzeciwko mnie. Moje molekuły cichnął. Jego też. I nagle – myk – oczy mrugają, koń widzi mnie (a mniej świat dokoła, choćby świszczał i szurał). Coś się zakotwicza w koniu. Chyba rozsądek jakiś. Albo to ta nasza lina – nie tylko sznurkowa. Nie tylko materialna.

I możemy pocofać, pochodzić bokiem. Pohulać na kole (ze starą zasadą hulanek: można w ich trakcie brykać, wierzgać, dębować, baranować – byle nie w moją stronę i nie za bisko). Możemy poklikać jakieś głupoty. Możemy pogibać się łukach, krzywych, łopatki poprzestawiać, przejścia porobić, pochodzić po drągach, ruszać, cofać, aportować, co nam przyjdzie do głowy. Bo możemy gadać.

 

Dodano 6 listopada 2013, w Bez kategorii, przez klaraczek

Liście pospadały. Było złote na górze, jest złote na dole. Jeszcze.

Nacieszamy się więc pogodą. Jeszcze chwilę temu nie było zimno, nie było mokro. Teraz będzie  :twisted: Taka kolej rzeczy. A tak swoją drogą – to już 9 cykli spędziliśmy razem. To znaczy Teo jest u nas od 9 lat. Szmat czasu!

Trafiłam ostatnio na taki filmik Eriki Poseley: Find your Unmovable Seat. Wpisał się w mój nastrój na powrót do jazdy. I w ogóle powrót energii. Taką mam fazę, że liczy się jakość jazdy. Nie mam ochoty na włóczenie się (to znaczy na włóczenie się tak, ale raczej piechotą) – bardziej mnie kusi intensywne (wewnętrznie) ogarnięcie siebie, stabilności, „gorsetu”, tonusu, ruchu. Odglaretkowywanie :)

Mam nadzieję, że koń uzna to za dobry ruch / bezruch z mojej strony.

A jeśli kojarzy się RWYM, to słusznie :)

 

Nowe otwarcie

Dodano 6 października 2013, w Bez kategorii, przez klaraczek

Znowu jesień. Ulubiona. Aktualnie nawet przejrzysta i pogodna, chociaż niezbyt ciepła.

Teo przebiera się stopniowo w zimowy płaszczyk.

Ja odzyskałam dostęp do bloga.

Może wykorzystam ;)

 

Brylantowe okolice

Dodano 29 grudnia 2010, w Bez kategorii, przez klaraczek

Brylantowe, roziskrzone, zimowe. OK, słońce mamy ostatnio raczej nieśmiałe, ale wreszcie się pojawia.

Podłoże ostatnio się spaskudziło (jak chyba w całym kraju…), najpierw roztopy, teraz mróz. Ślisko, twardo, gruda. Wczoraj wybraliśmy się w teren. Prawie cały stępem. Dobrze, że Teo jest koniem rozważnym. Patrzy pod nogi. Czasem z bardzo bliska. Tropiciel podstępów. Nos tuż przy podłożu i łypie, i stąpa. A jak jeszcze jakaś sucha trawka się napatoczy, to jest dodatkowa korzyść. Można ją wyreniferować (nosem rozgarnąć śnieg, albo kopytem, i wszamać). Tropienie w stępie uważam za przejaw rozsądku i nie zapobiegam. Gorzej, jak koń próbuje tropienia w galopie… Wiadomo, że szykuje się do brykania vel „garbienia się”. Zasadniczo takie rzeczy nie dzieją się pod człowiekiem, ale jak energia rozpiera, podłoże utrudnia, a potem w końcu trafi się kawałek znośnego podłoża…
Tutaj trochę hulanek z placu. Jak konia roznosi, to sam zaczyna ciągnąć w stronę padoku. Tam można pobiegać, popopisywać się, pograć w gierki. No pohulać po prostu. Razem. Najpierw hulanki śnieżne:
I trochę „powożenia”:
A tu hulanki roztopowe (pół konia już mokre, nie ma to jak wytarzać się w ciapie…). Łypanie:
Kicanie:
Nadbieganie:
I wczorajszy teren. Pstryk z grzbietu, niestety nie oddający pełni urody świata :) 
 

Latające ostrogi

Dodano 18 czerwca 2010, w Bez kategorii, przez klaraczek
Właśnie (29.12.2010) znalazłam rozpoczętą, nigdy nie wysłaną notatkę z… czerwca.
Ech, jakież inne mieliśmy wtedy pogody i problemy ;) Każda pora roku ma swoje plusy i minusy. Teraz zostaje opatulać się – i cieszyć, że robale nie dokuczają. I paść oczy urodą bieli.

Pozostając w owadzich tematach… Komarów już mniej (co nie znaczy, że nie ma – ale skończyło się pandemonium), za to przybywa gzów.


Latające ostrogi to oczywiście były te gzy. Koń szedł naprzód jak burza.
 

Panierowanie konia

Dodano 15 czerwca 2010, w Bez kategorii, przez klaraczek

Ha, chyba każdy koniarz wie, co to koń upanierowany…. Na wszelki wypadek jednak podam przepis:

- bierzemy konia z łąki (upał, masa komarów i innych zołz latających, koń poddenerwowany – co w tych okolicznościach nie dziwi – zgrzany, brudny – albo i nie),
- prowadzimy na myjkę
- polewamy wodą (najlepiej niezbyt zimną)
- ściągamy nadmiar wody ściągaczką
- zabieramy konia na piach
- i obserwujemy panierowanie się w nim konia – uwaga, ten etap może potrwać!
Z koniem panierowanym można pójść na plac i popląsać. Tylko lepiej stwora nie dotykać – właśnie stworzyliśmy nie tylko barierę ochronną przeciw komarom, ale też antyludzką ;) Chyba, że człowiek też chciałby wypróbować tę antykomarzą linię obronną?
Dobrze, że najbardziej upalne dni za nami. W połączeniu z ilością owadów były rzeczywiście męczące. Zwłaszcza, że to tak rotacyjnie: w dzień upał, wieczorem gryzaki. Trudno odpocząć…
Wpis można uznać za taki z serii „o niczym”. Ale po pierwsze konie zmieniają trochę perspektywę i jak się próbuje ich oczami patrzeć, to nagle inne rzeczy zaczynają się liczyć (na przykład godzina wolna od komarów). A po drugie, po tak długiej przerwie w blogu od czegoś trzeba zacząć :)
A na dokładkę zdjęcie. „Smacznego!”
 

Notatki z szuflady – Ujeżdżenie naturalnie, czerwiec 2008

Dodano 30 października 2008, w Bez kategorii, przez klaraczek

Oj, przeleżały się notatki w szufladzie, przeleżały.

Notatki – a właściwie kilka haseł, zanotowanych na bieżąco.

Sianno 2008


Czytelność

W dialogowaniu Karen (ze sobą, z końmi, z uczniami) cenię najbardziej
prostotę. Proste pytania i oczekiwanie prostych odpowiedzi. Brak
zgody na mętne dywagacje. Albo coś spełnia oczekiwania, albo nie
spełnia, albo popędzam konia, albo nie popędzam, albo mamy postęp, albo
nie, albo koń odpowiedział, albo nie odpowiedział itd.

Tyle rzeczy jest na świecie skomplikowanych, że
warto dbać o prostotę, gdzie to możliwe. Prostotę, która jest bardzo
daleko od prostactwa :-) Rozumiem to też jako ustawianie sytuacji tak,
żeby było łatwo o dobre efekty. Wyrazistość, czytelność, lakoniczność -
wtedy łatwiej o porozumienie. Oraz jako drogę do wewnętrznego
skupienia.

O ideałach

Tworzymy sobie idealny obraz tego, jak wygląda „doskonały koń ujeżdżeniowy”. Szukamy określeń, które by go opisywały (elastyczny, energiczny, rozluźniony, w równowadze…) Ten obraz nie jest po to, żeby się z nim (i konia) porównywać i załamywać, że nie dorastamy. Ideał jest po to, żeby znać kierunek, w którym zmierzamy. Umieć zauważać każdy krok, który nas zbliża w jego stronę. Odkrywać to dobre, co już w koniu jest. I co się kluje.


We are the champions!

Chcemy sprawić, żeby koń był mistrzem świata :-)
Stawiamy takie wymagania, którym może sprostać. I oczekujemy wykonania na 100 %
To wtedy można koniowi powiedzieć – „jesteś super, jesteś moim mistrzem!”
To bardziej budujące i wzmacniające, niż – „no, jak na ciebie, to może być…”
Cała sztuka, to umieć stawiać odpowiednie zadania przed koniem. Wykonalne. Ale rozwijające.


Mądre ocenianie

Po lekcji indywidualnej, której przyglądała się widownia, Karen prosi o feedback od obserwatorów:
- co u tej pary koń/jeździec już działało od początku, co mają, a z czego mogą sobie sprawy nie zdawać?
- co się zmieniło na lepsze w ciągu lekcji? co uczeń powinien zapamiętać, zapisać w notatkach?
Rzeczy nie-pozytywne pomijamy. Nie ma potrzeby skupiać się na negatywnych aspektach. One i tak same zapadają nam w pamięć.


Mądre wymaganie

Prosimy o coś konia, koń odpowiada. Są dwie możliwości:

A. Dostajemy mniej, niż prosiliśmy. Wtedy robimy z tym coś.
- dziękujemy, ale mówimy „wiem, że możesz lepiej” i powtarzamy prośbę

B. Dostajemy 100%
> dziękujemy, przechodząc do neutralności
> albo przechodzimy do neutralności (podążamy) i rozluźnienia

Nigdy nie powinniśmy trwać w myśleniu „szkoda, że mój koń nie ……
Jeśli czegoś chcemy i uważamy, że poprosić o to jest fair, to prosimy i oczekujemy sukcesu.


Sweet spot

Sweet spot – dobrze wygląda, koń dobrze się w nim czuje, my mamy dobre odczucia. Chcemy zmieniać nastawienia konia do presji – pokazać, że nawet jeśli jej używamy, to mamy na celu dojście do punktu dla konia przyjemnego. Chcemy, żeby wiedział, że warto spróbować tego, co mu proponujemy, nawet jeśli na początku jest trudno. Bo cel jest fajny: równowaga, rozluźnienie, energia, harmonia, elastyczność itd.


Ready, steady, go!

Czasem wystarczy prosić o gotowość odpowiedzi. Na zasadzie „jeśli chcesz, to nie musisz”. Takie końskie zen. To się też przydaje, jeśli koń ma problemy zdrowotne. Wtedy możemy wymagać mało (w sensie fizycznym), ale zachować w koniu żywość odpowiedzi. Kiedy poczuje się lepiej, będziemy mieli dobrą jakość konwersacji, mimo przerwy w „pracy”.


Kocie ruchy

Koń nie wygina się w kłodzie. „Dobre wyginanie” odbywa się w okolicy popręgu, za łopatkami. Wewnętrzna zadnia noga wkracza pod kłodę, zewnętrzna przednia się „kocio” wyciąga, z łopatki.


Nie wszystko na raz

Jeśli nie rozmawiamy z koniem o energii/tempie, a on idzie powoli, to jest ok. To nie znaczy, że koń robi coś nie tak, czy my robimy coś złego. Po prostu akurat teraz o tym nie rozmawiamy. Nie ma prośby, nie ma mowy o „nieposłuszeństwie”.

 

Lenistwo pohubertusowe

Dodano 28 października 2008, w Bez kategorii, przez klaraczek

Skoro był teren, emocje, tłum i gwar, zdecydowanie wszystkim należy się następny dzień na pełnym luzie. Nic nie robić, to zły pomysł, trzeba łapy rozchodzić. Ale robić za dużo? Eeee…

Dzień po Hubertusie był na szczęście równie ładny. Może trochę bardziej stonowany, pogoda się dopasowała do „na luzie” nastroju. Ciepło, łagodne słońce… Kiedy przyjechałam, Teo już czekał. Jak tylko zauważył samochód, przywędrował do płotu. „Cześć!”

IMG_3282.jpg

Krótkie przygotowania – i byliśmy gotowi do spaceru. Słońce, niebieskie niebo, złociejące brzeziny…

IMG_3285.jpg

IMG_3284.jpg

Trochę postępowałam wierzchem, ale… ile można? ;-) W sośniaku zmieniłam sposób poruszania się – na własnonożny.

IMG_3288.jpg

Spacerowaliśmy sobie nieśpiesznie. Za brodem (dobrze, że woda nie wysoka), czekał Duży Las. Mi się w oczy rzucały co chwila jakieś przeoczone przez tłumy grzybiarzy podgrzybki, Teosiowi chyba co innego…

IMG_3294.jpg

„Hej, poczekaj!”

IMG_3292.jpg

No oczywiście trochę poczekiwałam… W końcu razem na ten spacer wywędrowaliśmy.

A wróciliśmy w towarzystwie – rudych kapeluszników. Nieplanowanym, ale naprzykrzali się tak bardzo…

IMG_3308.jpg

A tu jeszcze jeden taki, co go spotkaliśmy po drodze. Pan bażant.

bażan

 

Święty Hubert przychodzi przed czasem

Dodano 25 października 2008, w Bez kategorii, przez klaraczek

Nawet całkiem sporo przed czasem. Choć może to nie jego wina, a raczej ludzkich wspomnień z poprzednich dwu lat: Hubertus był o czasie – i raz spadł śnieg (z deszczem i wiatrem, brrr), za drugim razem obyło się bez śniegu, ale wcale nie było przez to mniej zimno (czyli też: brrrr). No to teraz Święty Hubert został zaproszony 11 października. I udało się trafić w naprawdę piękną pogodę. Jesienne słońce, ciepło, bez wiatru, złote liście, płowe trawy…

jesienny parawan

W tym roku, zgodnie z naszą wyliczanką-przeplatanką, mama była jeźdźcem -

Photobucket

- a ja obsługą naziemną.

Hubertus2008Kąck 125.jpg

Hubertusa organizowali sąsiedzi, czyli stajnia Military Kąck. Jak co roku było ludno, konno i gwarno. Tu dołącza część „naszych”:

Photobucket

Photobucket

Najpierw było trochę kręcenia się po placu. Nie tak łatwo zebrać do kupy prawie czterdziestu jeźdźców!

Photobucket

Photobucket

„Teoś, popatrz, to są krowy…”

Photobucket

Ale w końcu zbiórka…

Photobucket

I wyjazd we wspólny teren.

Photobucket

Bo to taka (rozsądna) tradycja – najpierw wszyscy jadą na spacer do lasu, stęp, kłus, od koni rojno, ale rozważnie. Ot, malownicza grupa, w malowniczym pejzażu. Dopiero potem, po powrocie, na łąkach za stajnią ci, którzy chcą ganiać lisa, ganiają. A pozostali albo z koni obserwują „lisowe szaleństwa”, albo wręcz najpierw odprowadzają konie do stajni. Mama wybrała wersję wjechania do drewnianego okrąglaka.

W ostatniej chwili – bo pogoń była tuż-tuż.

Photobucket

Jak widać, było dość „żywiołowo”. Teosia to jednak przesadnie nie wzruszyło i wykorzystał chwilę przerwy w dość charakterystyczny dla siebie sposób…

Photobucket

Potem była jeszcze jedna zbiórka – tym razem do dekoracji.

Hubertus2008Kąck 131.jpg

„Co tu macie?”

Photobucket

„A… Flos… No niech będzie.”

Photobucket

I jeszcze wspólna runda honorowa…

Photobucket

Kilka zdjęć…

Photobucket

Photobucket

I czas wracać!

 

O pożytkach z późnego jarzębinobrania

Dodano 8 października 2008, w Bez kategorii, przez klaraczek

Nie chodzi o to, że ze spóźnionego, tylko że z jarzębinobrania w ogóle.

Sporo ostatnio zamowaliśmy się rzeczami „bezcelowymi”. To znaczy cel jakiś zwykle temu, co robimy, przyświeca – ale niekoniecznie jest namacalnie bliski. A tutaj mieliśmy bardzo konkretne zadanie – nazbierać jarzębinowych owocków na przetwory. Jesień w pełni, więc zrobiły się już mocno czerwone, nie tak świeże, jak kilka tygodni temu, mniej owocków wisi. Nie zebraliśmy się wcześniej, to trzeba się teraz było pośpieszyć. I postarać znaleźć coś wartościowego.

Dobrze jest mieć wspólny cel. Wyraźny, dla obu stron zrozumiały. Nie, nie kompromis, kiedy każdy trochę ustępuje. Fajnie, kiedy ta nieco „abstrakcyjna” praca gimnastyczna i szukanie wspólnego języka okazują się przydatne. Do jarzębiny czasem wygodniej podejść bokiem. Czasem trzeba się cofnąć o krok, albo wcisnąć głębiej między krzaki i gałęzie. Przód przestawić albo zad. Z pełnym spokojem, zrozumieniem i pewnością siebie. Może trochę podobnie jest w konkurencji trail? Choć to taka praca na niby, nie to, co zrywanie jesiennych koralików ;-)

 

 Jarzebinki.jpg

 

 

  • RSS