Oj, przeleżały się notatki w szufladzie, przeleżały.
Notatki - a właściwie kilka haseł, zanotowanych na bieżąco.

Czytelność
W dialogowaniu Karen (ze sobą, z końmi, z uczniami) cenię najbardziej prostotę. Proste pytania i oczekiwanie prostych odpowiedzi. Brak zgody na mętne dywagacje. Albo coś spełnia oczekiwania, albo nie spełnia, albo popędzam konia, albo nie popędzam, albo mamy postęp, albo nie, albo koń odpowiedział, albo nie odpowiedział itd.
Tyle rzeczy jest na świecie skomplikowanych, że warto dbać o prostotę, gdzie to możliwe. Prostotę, która jest bardzo daleko od prostactwa :-) Rozumiem to też jako ustawianie sytuacji tak, żeby było łatwo o dobre efekty. Wyrazistość, czytelność, lakoniczność - wtedy łatwiej o porozumienie. Oraz jako drogę do wewnętrznego skupienia.
O ideałach
Tworzymy sobie idealny obraz tego, jak wygląda "doskonały koń ujeżdżeniowy". Szukamy określeń, które by go opisywały (elastyczny, energiczny, rozluźniony, w równowadze...) Ten obraz nie jest po to, żeby się z nim (i konia) porównywać i załamywać, że nie dorastamy. Ideał jest po to, żeby znać kierunek, w którym zmierzamy. Umieć zauważać każdy krok, który nas zbliża w jego stronę. Odkrywać to dobre, co już w koniu jest. I co się kluje.
We are the champions!
Chcemy sprawić, żeby koń był mistrzem świata :-)
Stawiamy takie wymagania, którym może sprostać. I oczekujemy wykonania na 100 %
To wtedy można koniowi powiedzieć - "jesteś super, jesteś moim mistrzem!"
To bardziej budujące i wzmacniające, niż - "no, jak na ciebie, to może być..."
Cała sztuka, to umieć stawiać odpowiednie zadania przed koniem. Wykonalne. Ale rozwijające.
Mądre ocenianie
Po lekcji indywidualnej, której przyglądała się widownia, Karen prosi o feedback od obserwatorów:
- co u tej pary koń/jeździec już działało od początku, co mają, a z czego mogą sobie sprawy nie zdawać?
- co się zmieniło na lepsze w ciągu lekcji? co uczeń powinien zapamiętać, zapisać w notatkach?
Rzeczy nie-pozytywne pomijamy. Nie ma potrzeby skupiać się na negatywnych aspektach. One i tak same zapadają nam w pamięć.
Mądre wymaganie
Prosimy o coś konia, koń odpowiada. Są dwie możliwości:
A. Dostajemy mniej, niż prosiliśmy. Wtedy robimy z tym coś.
- dziękujemy, ale mówimy "wiem, że możesz lepiej" i powtarzamy prośbę
B. Dostajemy 100%
> dziękujemy, przechodząc do neutralności
> albo przechodzimy do neutralności (podążamy) i rozluźnienia
Nigdy nie powinniśmy trwać w myśleniu "szkoda, że mój koń nie ......" Jeśli czegoś chcemy i uważamy, że poprosić o to jest fair, to prosimy i oczekujemy sukcesu.
Sweet spot
Sweet spot - dobrze wygląda, koń dobrze się w nim czuje, my mamy dobre odczucia. Chcemy zmieniać nastawienia konia do presji - pokazać, że nawet jeśli jej używamy, to mamy na celu dojście do punktu dla konia przyjemnego. Chcemy, żeby wiedział, że warto spróbować tego, co mu proponujemy, nawet jeśli na początku jest trudno. Bo cel jest fajny: równowaga, rozluźnienie, energia, harmonia, elastyczność itd.
Ready, steady, go!
Czasem wystarczy prosić o gotowość odpowiedzi. Na zasadzie "jeśli chcesz, to nie musisz". Takie końskie zen. To się też przydaje, jeśli koń ma problemy zdrowotne. Wtedy możemy wymagać mało (w sensie fizycznym), ale zachować w koniu żywość odpowiedzi. Kiedy poczuje się lepiej, będziemy mieli dobrą jakość konwersacji, mimo przerwy w "pracy".
Kocie ruchy
Koń nie wygina się w kłodzie. "Dobre wyginanie" odbywa się w okolicy popręgu, za łopatkami. Wewnętrzna zadnia noga wkracza pod kłodę, zewnętrzna przednia się "kocio" wyciąga, z łopatki.
Nie wszystko na raz
Jeśli nie rozmawiamy z koniem o energii/tempie, a on idzie powoli, to jest ok. To nie znaczy, że koń robi coś nie tak, czy my robimy coś złego. Po prostu akurat teraz o tym nie rozmawiamy. Nie ma prośby, nie ma mowy o "nieposłuszeństwie".
Skoro był teren, emocje, tłum i gwar, zdecydowanie wszystkim należy się następny dzień na pełnym luzie. Nic nie robić, to zły pomysł, trzeba łapy rozchodzić. Ale robić za dużo? Eeee...
Dzień po Hubertusie był na szczęście równie ładny. Może trochę bardziej stonowany, pogoda się dopasowała do "na luzie" nastroju. Ciepło, łagodne słońce... Kiedy przyjechałam, Teo już czekał. Jak tylko zauważył samochód, przywędrował do płotu. "Cześć!"
Krótkie przygotowania - i byliśmy gotowi do spaceru. Słońce, niebieskie niebo, złociejące brzeziny...

Trochę postępowałam wierzchem, ale... ile można? ;-) W sośniaku zmieniłam sposób poruszania się - na własnonożny.
Spacerowaliśmy sobie nieśpiesznie. Za brodem (dobrze, że woda nie wysoka), czekał Duży Las. Mi się w oczy rzucały co chwila jakieś przeoczone przez tłumy grzybiarzy podgrzybki, Teosiowi chyba co innego...
"Hej, poczekaj!"
No oczywiście trochę poczekiwałam... W końcu razem na ten spacer wywędrowaliśmy.
A wróciliśmy w towarzystwie - rudych kapeluszników. Nieplanowanym, ale naprzykrzali się tak bardzo...
A tu jeszcze jeden taki, co go spotkaliśmy po drodze. Pan bażant.
Nawet całkiem sporo przed czasem. Choć może to nie jego wina, a raczej ludzkich wspomnień z poprzednich dwu lat: Hubertus był o czasie - i raz spadł śnieg (z deszczem i wiatrem, brrr), za drugim razem obyło się bez śniegu, ale wcale nie było przez to mniej zimno (czyli też: brrrr). No to teraz Święty Hubert został zaproszony 11 października. I udało się trafić w naprawdę piękną pogodę. Jesienne słońce, ciepło, bez wiatru, złote liście, płowe trawy...
W tym roku, zgodnie z naszą wyliczanką-przeplatanką, mama była jeźdźcem -
- a ja obsługą naziemną.
Hubertusa organizowali sąsiedzi, czyli stajnia Military Kąck. Jak co roku było ludno, konno i gwarno. Tu dołącza część "naszych":

Najpierw było trochę kręcenia się po placu. Nie tak łatwo zebrać do kupy prawie czterdziestu jeźdźców!

"Teoś, popatrz, to są krowy..."
Ale w końcu zbiórka...
I wyjazd we wspólny teren.
Bo to taka (rozsądna) tradycja - najpierw wszyscy jadą na spacer do lasu, stęp, kłus, od koni rojno, ale rozważnie. Ot, malownicza grupa, w malowniczym pejzażu. Dopiero potem, po powrocie, na łąkach za stajnią ci, którzy chcą ganiać lisa, ganiają. A pozostali albo z koni obserwują "lisowe szaleństwa", albo wręcz najpierw odprowadzają konie do stajni. Mama wybrała wersję wjechania do drewnianego okrąglaka.
W ostatniej chwili - bo pogoń była tuż-tuż.
Jak widać, było dość "żywiołowo". Teosia to jednak przesadnie nie wzruszyło i wykorzystał chwilę przerwy w dość charakterystyczny dla siebie sposób...
Potem była jeszcze jedna zbiórka - tym razem do dekoracji.
"Co tu macie?"
"A... Flos... No niech będzie."
I jeszcze wspólna runda honorowa...
Kilka zdjęć...

I czas wracać!
Nie chodzi o to, że ze spóźnionego, tylko że z jarzębinobrania w ogóle.
Sporo ostatnio zamowaliśmy się rzeczami "bezcelowymi". To znaczy cel jakiś zwykle temu, co robimy, przyświeca - ale niekoniecznie jest namacalnie bliski. A tutaj mieliśmy bardzo konkretne zadanie - nazbierać jarzębinowych owocków na przetwory. Jesień w pełni, więc zrobiły się już mocno czerwone, nie tak świeże, jak kilka tygodni temu, mniej owocków wisi. Nie zebraliśmy się wcześniej, to trzeba się teraz było pośpieszyć. I postarać znaleźć coś wartościowego.
Dobrze jest mieć wspólny cel. Wyraźny, dla obu stron zrozumiały. Nie, nie kompromis, kiedy każdy trochę ustępuje. Fajnie, kiedy ta nieco "abstrakcyjna" praca gimnastyczna i szukanie wspólnego języka okazują się przydatne. Do jarzębiny czasem wygodniej podejść bokiem. Czasem trzeba się cofnąć o krok, albo wcisnąć głębiej między krzaki i gałęzie. Przód przestawić albo zad. Z pełnym spokojem, zrozumieniem i pewnością siebie. Może trochę podobnie jest w konkurencji trail? Choć to taka praca na niby, nie to, co zrywanie jesiennych koralików ;-)
No dobrze... Rzeczywiście czas zacząć akcję Nadrabiamy Blogowe Zaległości... ;-)
Zacznę od zaległych (tak, bardzo zaległych) zdjęć czerwcowych. To był taki czas sielski, letnio-upalny, niebo zwykle było błękitne, słońce duże a trawa coraz bardziej sucha (jakby ktoś już zapomniał). I w jeden z takich idyllicznych (choć piekielnie upalnych) dni odwiedziła nas Ania. Z aparatem :-) Gdyby przyjechała bez aparatu, cieszylibyśmy się tak samo - ale nie miałabym zdjęć do pokazania. A tak - voila!
Po pierwsze - oczywista oczywistość. Jak się idzie na wybieg, oblezienie przez konie jest nieuniknione.
Ale jak się uda przez tę naturalną zaporę przedostać...
Tu już "inspekcja" - to znaczy ludź na końskich usługach, szuka much, gzów i innych paskudztw. Koń łaskawie nie protestuje. Koń czasem łaskawie pokaże, gdzie siedzi zły giez.
A to: zwycięstwo ciekawskości. "Dobra, dobra, idziemy, ale lepiej paaatrz! Aparat!"
Chwila dla urody. I nawet mnie zaskakujące zestawienie. Koń to, czy wieloryb? Człowiek, czy krasnoludek?"
Potem nikt nie wie, co się działo 8-) Zdjęć z pląsów nie mam. Ale były trochę na pół gwizdka, bo okolice południa nie są najlepszym momentem na dzikie harce. Dlatego fidrygałki przeplataliśmy cichym i miłym nieróbstwem, w miarę możliwości choćby w niemrawej namiastce cienia. O, tu zostaliśmy na lenistwie przyłapani. Naradzamy się...
A to już powrót z lenistwa pracowitego, do lenistwa leniwo pastwiskowego. I oczywiście przekąska po drodze ;-)
Wszystkie zdjęcia autorstwa Ani Nowickiej.
A na koniec zapewniam, że to dopiero początek zapełniania białych plam. Obiecuję napisać o kursie z Karen, podsumować choćby krótko nasz z koniem lipiec. Tylko opisów sierpniowych Teolinkowych sprawek nie będzie, jestem sierpniowo wyjechana. I Teolinkowe sprawy dzieją się na opisy za daleko.
I tak oto niezawodna wiosna przyszła - i się rozpanoszyła na dobre. Zielenią się liście, trawa (Teo mi przez ramię dopowiada: "trawa, trawa, trawa!"), kwitną kolejne drzewa. W dzień coraz częściej jasne niebo i wysokie słońce (z przerwami na wiosenne ulewy), popołudniami hulają komary, wieczorami drą się czajki, gadają żaby w kałużach. Konie (wreszcie!) kończą przebierać sie w lżejsze kubraczki (u Teo oznacza to bardziej złotą sierstkę). Czyli świat pozostaje na właściwych torach.
(...)
(Wrzucam jeszcze ten bardzo zaległy wpis, który przeleżał się w szufladzie, zakurzył - i "trochę" zdezaktualizował... Bo kiedy to było, połowa marca! Ale przynajmniej widać, jak pięknie się w międzyczasie zazieleniło, rozwiośniło...)
Fauna wyprzedza florę o krok. Furt, że konie (i psy, i koty) linieją. Ale już żaby widziałam, sójki, kaczki, trznadle, a nawet jednego łabędzia. I motyla (fakt mały był i niezbyt barwny).
Po tym, co przeczytałam u pogodowych wróżbitów-matematyków, miałam jak najgorsze przeczucia co do dzisiejszej pogody. Zbliżający się orkan Emma, deszcze, wichury. Fakt, od rana padało, ale nie wiało jeszcze przesadnie. Kiedy przyjechałam, Teo był w stajni - zwierzyna miała i tak wyjść później (kombinacja "żywiołów" rzeczywiście nie była zbyt zachęcająca do długiego padokowania). A skoro w stajni - to czysty, suchy i gotowy na jakiś niewielki spacer. Wystarczyła więc chwila czyszczenia, kilka jakichś zabawek-głupotek (jak nowe podawanie nogi na ludzkie "dzień dobry" i wysuniętą prawicę), a potem: kantar na końską głowę, peleryna na grzbiet ludzki i pojechaliśmy pozwiedzać deszczowe okolice.
Teo, jak zwykle przy niżach i deszczach, wyszedł ze stajni nieco nastroszony. Świat był dość podejrzany, trawki chwiały się dziwnie a w kałużach czaiły złe żaby. Na szczęście te strachy szybko się udało "rozchodzić". Postępowaliśmy w stronę Małego Lasu, ostatnio trochę zaniedbanego. Kilka zygzaków, kawałek na przełaj, a potem na Łąki Rohanu - zaniedbane przez nas jeszcze bardziej ;-)
Ładnie tam. I nawet jakoś jaśniej się wydawało, niż gdzie indziej. I deszcz, który padał intensywnie ale od niedawna, nie zdążył zrobić błota, tylko przykrył część łąk warstwa wody. Rowy zapełnił. Drogi na skos łąk są piaskowe, więc w całkiem niezłym stanie (dobry drenaż...). Przegalopowaliśmy się nimi trochę, fajnym, równym, żywym galopem. Wystawiając paszcze wprost na deszcz :-)
Droga powrotna zaczęła się spokojnie - tylko deszcz coraz bardziej narastał. Dopiero kiedy dojechaliśmy do czarnej drogi, spotkaliśmy kilka pierwszych podmuchów przyczajonej Emmy. Jak wiało umiarkowanie, Teo kroczył dzielnie naprzód. Jak wiało nieumiarkowanie, odwracał się do wiatru ogonem i opuszczał głowę (po co ma w uszy wiać?). A ja tylko kuliłam na jego grzbiecie i nasuwałam kaptur głębiej na czoło.
Na szczęscie do stajni było już blisko. A tam - suchy boks i polarek na grzbiet dla konia oraz ciepła i sucha kuchnia dla człowieka. Można sobie w deszczu wędrować, jak tak wygląda powrót.
Po pierwsze - obiecuję (sobie też) nadrobić zaległości blogowe. Wiosna się zbliża, czas obudzić i blog ze snu zimowego. Co prawda to zbliżanie się jest takie chyłkiem, bokiem, ale konie już ją przeczuwają. Zaczynają się korby, palmy i fisioły.
Jeśli chodzi o nogę, Teo od kilku dni wyraźnie czuje się lepiej. Nie umiem oczywiście stwierdzić, czy to przedwiośnie szumi w łebku, czy to zaczęła działać precyzyjnie dobrana kuracja homeopatyczna. Może jedno i drugie. W każdym razie Teo chętniejszy do ruchu, żwawszy, elastyczniejszy. Czasem aż za elastyczny i za żwawy: ostatnio zapewnił mamie atrakcje w terenie - serię baranów i bryków z krzyża w szybkim galopie. Dobrze, że w szybkim. Łatwiej wysiedzieć... Ale to zupełnie nie w jego stylu - brykać? Ok. Ale pod człowiekiem???
Jeszcze dwa dni temu było malowniczo - zimowo. Wszystko pokryte szronem, świerki, brzozy, drogi, łąki. Wata cukrowa, lukry i pudry. Tylko aparatu nie miałam :-)
Wykorzystaliśmy czas, przejście z dnia w zmrok (też malowniczy, ze złotym księżycem na bladym niebie). W poszukiwaniu przyjaźniejszego podłoża powędrowaliśmy na ugniecioną trawę za choinkami. Trochę łażenia, trochę biegania razem, trochę na kole - tym razem głównie o luźny, ale nie senny, kłus "czambonowy" mi chodziło. W stronę zdrowej nogi dostawałam całe okrążenie, na stronę nogi stawowej prosiłam tylko o 3, 4 kroki, sama przemieszczałam się po większym kole (żeby łuków nie zacieśniać).
Z innych ćwiczeń - wygrzebałam na nowo stare chodzenie po kwadracie. Prosta, w rogu (wyobrażonym) ćwierć zwrotu na przodzie, prosta... Po kilku powtórzeniach nabraliśmy w tym pewnej wprawy, chociaż jeszcze nie próbowałam pełnej płynności i zwrotów bezpośrednio z ruchu, na razie dodawałam zatrzymanie i dopiero zwrot.
Mroźno było (potem sprawdziłam termometr: minus osiem), więc wiele się nie włóczyliśmy. Zaczęło szarzeć, kiedy wracaliśmy. Kantar był dawno zdjęty, koń swobodnie wędrował obok. Nagle - łup! Gdzieś w pobliżu miejscowa młodzież najwyraźniej testowała sztuczne ognie. Teo minimalnie drgnął, obrócił łeb, przyjrzał się malowniczym fajerwerkom. I tyle. Jak po chwili huknęło jeszcze raz, to już nawet nie drgnął, tylko się odwrócił i pokontemplował światła. Całkiem ładne - srebrne.
W każdym razie przesilenie zimowe mieliśmy ozdobne. Za to Święta stopniowo pozbyły się resztek śniegu. I Mały Las wyglądał dziś tak:
Drogi twarde (nawet te trawiasto-mchowe). Słońce ukryte, chłodno. Ale co to dla nas! Zwłaszcza, że mieliśmy świątecznych gości. Część spaceru odbyliśmy razem: pies, dziecię, wózek, kilkoro dorosłych. A resztę spędziliśmy włócząc się po ścieżkach i szukając miejsca na jakiś kłus czy galopik. Po kilka kroków się dało, ale ogólnie - oj daleko do idealnego stanu dróg...
Jak się mi poszukiwania znudziły, zsiadłam i wędrowaliśmy sobie zgodnie obok siebie. Co jakiś czas prosiłam o taki czy inny drobiazg. Kilka tropiących kroków, kilka ze "ślicznym Teosiem", czasem jakies rozciąganie szyi, albo machnięcie którąś łapą. Ale przede wszystkim świąteczne niewymagające spacerowanie, z mrożonymi krzaczkami jagód, świerkowymi igłami i zimową trawą jako przerywnikami.
Po powrocie było marchewkowanie konia, rozciąganie nóg - i powrót do chłopaków na wybieg.