Brylantowe, roziskrzone, zimowe. OK, słońce mamy ostatnio raczej nieśmiałe, ale wreszcie się pojawia.







Ha, chyba każdy koniarz wie, co to koń upanierowany.... Na wszelki wypadek jednak podam przepis:

Oj, przeleżały się notatki w szufladzie, przeleżały.
Notatki - a właściwie kilka haseł, zanotowanych na bieżąco.

Czytelność
W dialogowaniu Karen (ze sobą, z końmi, z uczniami) cenię najbardziej prostotę. Proste pytania i oczekiwanie prostych odpowiedzi. Brak zgody na mętne dywagacje. Albo coś spełnia oczekiwania, albo nie spełnia, albo popędzam konia, albo nie popędzam, albo mamy postęp, albo nie, albo koń odpowiedział, albo nie odpowiedział itd.
Tyle rzeczy jest na świecie skomplikowanych, że warto dbać o prostotę, gdzie to możliwe. Prostotę, która jest bardzo daleko od prostactwa :-) Rozumiem to też jako ustawianie sytuacji tak, żeby było łatwo o dobre efekty. Wyrazistość, czytelność, lakoniczność - wtedy łatwiej o porozumienie. Oraz jako drogę do wewnętrznego skupienia.
O ideałach
Tworzymy sobie idealny obraz tego, jak wygląda "doskonały koń ujeżdżeniowy". Szukamy określeń, które by go opisywały (elastyczny, energiczny, rozluźniony, w równowadze...) Ten obraz nie jest po to, żeby się z nim (i konia) porównywać i załamywać, że nie dorastamy. Ideał jest po to, żeby znać kierunek, w którym zmierzamy. Umieć zauważać każdy krok, który nas zbliża w jego stronę. Odkrywać to dobre, co już w koniu jest. I co się kluje.
We are the champions!
Chcemy sprawić, żeby koń był mistrzem świata :-)
Stawiamy takie wymagania, którym może sprostać. I oczekujemy wykonania na 100 %
To wtedy można koniowi powiedzieć - "jesteś super, jesteś moim mistrzem!"
To bardziej budujące i wzmacniające, niż - "no, jak na ciebie, to może być..."
Cała sztuka, to umieć stawiać odpowiednie zadania przed koniem. Wykonalne. Ale rozwijające.
Mądre ocenianie
Po lekcji indywidualnej, której przyglądała się widownia, Karen prosi o feedback od obserwatorów:
- co u tej pary koń/jeździec już działało od początku, co mają, a z czego mogą sobie sprawy nie zdawać?
- co się zmieniło na lepsze w ciągu lekcji? co uczeń powinien zapamiętać, zapisać w notatkach?
Rzeczy nie-pozytywne pomijamy. Nie ma potrzeby skupiać się na negatywnych aspektach. One i tak same zapadają nam w pamięć.
Mądre wymaganie
Prosimy o coś konia, koń odpowiada. Są dwie możliwości:
A. Dostajemy mniej, niż prosiliśmy. Wtedy robimy z tym coś.
- dziękujemy, ale mówimy "wiem, że możesz lepiej" i powtarzamy prośbę
B. Dostajemy 100%
> dziękujemy, przechodząc do neutralności
> albo przechodzimy do neutralności (podążamy) i rozluźnienia
Nigdy nie powinniśmy trwać w myśleniu "szkoda, że mój koń nie ......" Jeśli czegoś chcemy i uważamy, że poprosić o to jest fair, to prosimy i oczekujemy sukcesu.
Sweet spot
Sweet spot - dobrze wygląda, koń dobrze się w nim czuje, my mamy dobre odczucia. Chcemy zmieniać nastawienia konia do presji - pokazać, że nawet jeśli jej używamy, to mamy na celu dojście do punktu dla konia przyjemnego. Chcemy, żeby wiedział, że warto spróbować tego, co mu proponujemy, nawet jeśli na początku jest trudno. Bo cel jest fajny: równowaga, rozluźnienie, energia, harmonia, elastyczność itd.
Ready, steady, go!
Czasem wystarczy prosić o gotowość odpowiedzi. Na zasadzie "jeśli chcesz, to nie musisz". Takie końskie zen. To się też przydaje, jeśli koń ma problemy zdrowotne. Wtedy możemy wymagać mało (w sensie fizycznym), ale zachować w koniu żywość odpowiedzi. Kiedy poczuje się lepiej, będziemy mieli dobrą jakość konwersacji, mimo przerwy w "pracy".
Kocie ruchy
Koń nie wygina się w kłodzie. "Dobre wyginanie" odbywa się w okolicy popręgu, za łopatkami. Wewnętrzna zadnia noga wkracza pod kłodę, zewnętrzna przednia się "kocio" wyciąga, z łopatki.
Nie wszystko na raz
Jeśli nie rozmawiamy z koniem o energii/tempie, a on idzie powoli, to jest ok. To nie znaczy, że koń robi coś nie tak, czy my robimy coś złego. Po prostu akurat teraz o tym nie rozmawiamy. Nie ma prośby, nie ma mowy o "nieposłuszeństwie".
Skoro był teren, emocje, tłum i gwar, zdecydowanie wszystkim należy się następny dzień na pełnym luzie. Nic nie robić, to zły pomysł, trzeba łapy rozchodzić. Ale robić za dużo? Eeee...
Dzień po Hubertusie był na szczęście równie ładny. Może trochę bardziej stonowany, pogoda się dopasowała do "na luzie" nastroju. Ciepło, łagodne słońce... Kiedy przyjechałam, Teo już czekał. Jak tylko zauważył samochód, przywędrował do płotu. "Cześć!"
Krótkie przygotowania - i byliśmy gotowi do spaceru. Słońce, niebieskie niebo, złociejące brzeziny...

Trochę postępowałam wierzchem, ale... ile można? ;-) W sośniaku zmieniłam sposób poruszania się - na własnonożny.
Spacerowaliśmy sobie nieśpiesznie. Za brodem (dobrze, że woda nie wysoka), czekał Duży Las. Mi się w oczy rzucały co chwila jakieś przeoczone przez tłumy grzybiarzy podgrzybki, Teosiowi chyba co innego...
"Hej, poczekaj!"
No oczywiście trochę poczekiwałam... W końcu razem na ten spacer wywędrowaliśmy.
A wróciliśmy w towarzystwie - rudych kapeluszników. Nieplanowanym, ale naprzykrzali się tak bardzo...
A tu jeszcze jeden taki, co go spotkaliśmy po drodze. Pan bażant.
Nawet całkiem sporo przed czasem. Choć może to nie jego wina, a raczej ludzkich wspomnień z poprzednich dwu lat: Hubertus był o czasie - i raz spadł śnieg (z deszczem i wiatrem, brrr), za drugim razem obyło się bez śniegu, ale wcale nie było przez to mniej zimno (czyli też: brrrr). No to teraz Święty Hubert został zaproszony 11 października. I udało się trafić w naprawdę piękną pogodę. Jesienne słońce, ciepło, bez wiatru, złote liście, płowe trawy...
W tym roku, zgodnie z naszą wyliczanką-przeplatanką, mama była jeźdźcem -
- a ja obsługą naziemną.
Hubertusa organizowali sąsiedzi, czyli stajnia Military Kąck. Jak co roku było ludno, konno i gwarno. Tu dołącza część "naszych":

Najpierw było trochę kręcenia się po placu. Nie tak łatwo zebrać do kupy prawie czterdziestu jeźdźców!

"Teoś, popatrz, to są krowy..."
Ale w końcu zbiórka...
I wyjazd we wspólny teren.
Bo to taka (rozsądna) tradycja - najpierw wszyscy jadą na spacer do lasu, stęp, kłus, od koni rojno, ale rozważnie. Ot, malownicza grupa, w malowniczym pejzażu. Dopiero potem, po powrocie, na łąkach za stajnią ci, którzy chcą ganiać lisa, ganiają. A pozostali albo z koni obserwują "lisowe szaleństwa", albo wręcz najpierw odprowadzają konie do stajni. Mama wybrała wersję wjechania do drewnianego okrąglaka.
W ostatniej chwili - bo pogoń była tuż-tuż.
Jak widać, było dość "żywiołowo". Teosia to jednak przesadnie nie wzruszyło i wykorzystał chwilę przerwy w dość charakterystyczny dla siebie sposób...
Potem była jeszcze jedna zbiórka - tym razem do dekoracji.
"Co tu macie?"
"A... Flos... No niech będzie."
I jeszcze wspólna runda honorowa...
Kilka zdjęć...

I czas wracać!
Nie chodzi o to, że ze spóźnionego, tylko że z jarzębinobrania w ogóle.
Sporo ostatnio zamowaliśmy się rzeczami "bezcelowymi". To znaczy cel jakiś zwykle temu, co robimy, przyświeca - ale niekoniecznie jest namacalnie bliski. A tutaj mieliśmy bardzo konkretne zadanie - nazbierać jarzębinowych owocków na przetwory. Jesień w pełni, więc zrobiły się już mocno czerwone, nie tak świeże, jak kilka tygodni temu, mniej owocków wisi. Nie zebraliśmy się wcześniej, to trzeba się teraz było pośpieszyć. I postarać znaleźć coś wartościowego.
Dobrze jest mieć wspólny cel. Wyraźny, dla obu stron zrozumiały. Nie, nie kompromis, kiedy każdy trochę ustępuje. Fajnie, kiedy ta nieco "abstrakcyjna" praca gimnastyczna i szukanie wspólnego języka okazują się przydatne. Do jarzębiny czasem wygodniej podejść bokiem. Czasem trzeba się cofnąć o krok, albo wcisnąć głębiej między krzaki i gałęzie. Przód przestawić albo zad. Z pełnym spokojem, zrozumieniem i pewnością siebie. Może trochę podobnie jest w konkurencji trail? Choć to taka praca na niby, nie to, co zrywanie jesiennych koralików ;-)
No dobrze... Rzeczywiście czas zacząć akcję Nadrabiamy Blogowe Zaległości... ;-)
Zacznę od zaległych (tak, bardzo zaległych) zdjęć czerwcowych. To był taki czas sielski, letnio-upalny, niebo zwykle było błękitne, słońce duże a trawa coraz bardziej sucha (jakby ktoś już zapomniał). I w jeden z takich idyllicznych (choć piekielnie upalnych) dni odwiedziła nas Ania. Z aparatem :-) Gdyby przyjechała bez aparatu, cieszylibyśmy się tak samo - ale nie miałabym zdjęć do pokazania. A tak - voila!
Po pierwsze - oczywista oczywistość. Jak się idzie na wybieg, oblezienie przez konie jest nieuniknione.
Ale jak się uda przez tę naturalną zaporę przedostać...
Tu już "inspekcja" - to znaczy ludź na końskich usługach, szuka much, gzów i innych paskudztw. Koń łaskawie nie protestuje. Koń czasem łaskawie pokaże, gdzie siedzi zły giez.
A to: zwycięstwo ciekawskości. "Dobra, dobra, idziemy, ale lepiej paaatrz! Aparat!"
Chwila dla urody. I nawet mnie zaskakujące zestawienie. Koń to, czy wieloryb? Człowiek, czy krasnoludek?"
Potem nikt nie wie, co się działo 8-) Zdjęć z pląsów nie mam. Ale były trochę na pół gwizdka, bo okolice południa nie są najlepszym momentem na dzikie harce. Dlatego fidrygałki przeplataliśmy cichym i miłym nieróbstwem, w miarę możliwości choćby w niemrawej namiastce cienia. O, tu zostaliśmy na lenistwie przyłapani. Naradzamy się...
A to już powrót z lenistwa pracowitego, do lenistwa leniwo pastwiskowego. I oczywiście przekąska po drodze ;-)
Wszystkie zdjęcia autorstwa Ani Nowickiej.
A na koniec zapewniam, że to dopiero początek zapełniania białych plam. Obiecuję napisać o kursie z Karen, podsumować choćby krótko nasz z koniem lipiec. Tylko opisów sierpniowych Teolinkowych sprawek nie będzie, jestem sierpniowo wyjechana. I Teolinkowe sprawy dzieją się na opisy za daleko.
I tak oto niezawodna wiosna przyszła - i się rozpanoszyła na dobre. Zielenią się liście, trawa (Teo mi przez ramię dopowiada: "trawa, trawa, trawa!"), kwitną kolejne drzewa. W dzień coraz częściej jasne niebo i wysokie słońce (z przerwami na wiosenne ulewy), popołudniami hulają komary, wieczorami drą się czajki, gadają żaby w kałużach. Konie (wreszcie!) kończą przebierać sie w lżejsze kubraczki (u Teo oznacza to bardziej złotą sierstkę). Czyli świat pozostaje na właściwych torach.
(...)
(Wrzucam jeszcze ten bardzo zaległy wpis, który przeleżał się w szufladzie, zakurzył - i "trochę" zdezaktualizował... Bo kiedy to było, połowa marca! Ale przynajmniej widać, jak pięknie się w międzyczasie zazieleniło, rozwiośniło...)
Fauna wyprzedza florę o krok. Furt, że konie (i psy, i koty) linieją. Ale już żaby widziałam, sójki, kaczki, trznadle, a nawet jednego łabędzia. I motyla (fakt mały był i niezbyt barwny).